Kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII okiem pielgrzyma

Moż­li­wość uczest­nic­twa w kano­ni­za­cji Jana Pawła II I Jana XXIII w Rzy­mie to nie­zwy­kłe prze­ży­cie. Jed­nak dosta­nie się na plac św. Pio­tra w tym dniu sta­no­wiło nie lada wyczyn. Jak to wyglą­dało z punktu widze­nia będą­cego w cen­trum wyda­rzeń piel­grzyma? Zapra­szam do prze­czy­ta­nia mojej rela­cji, która jak zazna­czam, zawiera moje wła­sne prze­ży­cia i spo­strze­że­nia – to jak wszystko wyglą­dało ofi­cjal­nie, zapewne Pań­stwo widzieli już w tele­wi­zji, bądź sły­szeli w radiu.

W wypra­wie do Rzymu, w któ­rej uczest­ni­czy­łem, brało udział jesz­cze 7 innych osób. W drogę wyru­szy­li­śmy z Pol­ski dwoma samo­cho­dami oso­bo­wymi, dojazd na miej­sce, a potem powrót zajęły nam po około 20 godzin. Tyle gwoli wstępu, działo się tak dużo, że posta­no­wi­łem opi­sać tylko jedną część wyprawy, jak sądzę naj­bar­dziej inte­re­su­jącą z punktu widze­nia czy­tel­nika – wyda­rze­nia, w któ­rych uczet­ni­czy­łem bez­po­śred­nio przed i w trak­cie kanonizacji.

Około godziny 17 w sobotę nasza wycieczka dotarła, na skrzy­żo­wa­nie ulic Piazza Pia i via della Con­ci­lia­zione (idąc pro­sto tę drugą docho­dzi się na plac św. Pio­tra), gdzie Kara­bie­nie­rzy „hal­to­wali” piel­grzy­mów chcą­cych ruszyć w stronę bazy­liki. Na wspo­mnia­nym skrzy­żo­wa­niu posta­no­wi­li­śmy się roz­dzie­lić – połowa wolała wró­cić na pole namio­towe i przy­być w oko­lice Waty­kanu w nie­dzielę rano, zakła­da­jąc, że i tak dosta­nie się pod bazy­likę będzie bar­dzo trudne. Druga grupa, w któ­rej zna­la­złem się ja, posta­no­wiła zostać na noc, aby zna­leźć się wśród 300 tysięcy szczę­śliw­ców, mogą­cych uczest­ni­czyć w obrzę­dach kano­ni­za­cji na placu św. Piotra.

Na miej­scu pozo­sta­li­śmy przez około 5 godzin – w tym cza­sie piel­grzymi roz­bi­jali swoje obozy, usta­wia­jąc roz­kła­dane krze­sełka, kari­maty i inne akce­so­ria umoż­li­wia­jące w miarę kom­for­towe cze­ka­nie. Obecne były także roz­wią­za­nia pro­wi­zo­ryczne np. ja sie­dzia­łem na pudełku od wcze­śniej skon­su­mo­wa­nej przez nas pizzy.  Atmos­fera była bar­dzo rado­sna. Wokół poszcze­gólne grupy machały fla­gami swo­ich państw, śpie­wały pie­śni reli­gijne, nie­któ­rzy byli wypo­sa­żeni w gitary, inni w bębny. Oso­bi­ście zasko­czyła mnie liczba Pola­ków (wia­domo było, że będzie nas sporo, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że aż tyle), któ­rzy jak się zda­wało, byli naj­licz­niej repre­zen­to­wa­nym naro­dem w tym tłu­mie. Widać to było prze­cha­dza­jąc się uli­cami Rzymu, sły­sząc zewsząd roz­mowy pro­wa­dzone w języku pol­skim, a także po licz­bie flag pań­stwo­wych. Bar­dzo miłym akcen­tem w tym miej­scu było trzech rekon­struk­to­rów na koniach, z któ­rych każdy ubrany był w mun­dur woj­skowy z innego okresu histo­rii Pol­ski – jeden z XVII wieku, drugi z cza­sów napo­le­oń­skich, nato­miast trzeci z czasu dru­giej wojny światowej.

Nade­szła w końcu pamiętna dla wszyst­kich ocze­ku­ją­cych godzina 22 – wtedy to  Kara­bi­nie­rzy zaczęli wpusz­czać na drogę via della Con­ci­lia­zione i roz­po­czął się chaos. Jeśli ktoś do tej pory sądził, że z powodu spe­cy­fiki wyda­rze­nia, tłum nie będzie się zacho­wy­wał jak przy otwar­ciu kolej­nego por­tu­gal­skiego super­mar­ketu z pew­nym owa­dem w kropki w logo, to w tym momen­cie srogo się zawiódł. Ludzie ruszyli, prze­py­cha­jąc się wza­jem­nie, na zie­mie padały śpi­wory, ple­caki, butelki, a nawet tele­fony komór­kowe. Auten­tycz­nie wyda­wało mi się, że mogą być ofiary śmier­telne tych zajść. W zasięgu mojego wzroku szcze­gól­nie wyróż­niła się grupa piel­grz­mów, sądząc po  fla­gach, z Ghany – trzy­ma­jąc się za ręcę, parli naprzód, wyko­rzy­stu­jąc swoje warunki fizyczne, tara­nu­jąc zgro­ma­dzo­nych wokół ludzi. Całość tych wyda­rzeń mogła nieco znie­sma­czyć, jed­nak wielu osób nie opusz­czało pozy­tywne nasta­wiene – zewsząd sły­chać było gra­ją­cych na instru­men­tach i śpie­wa­ją­cych. Zapa­dła mi w pamięć sytu­acja, gdy grupa Hisz­pa­nów zaczęła śpie­wać “Barkę” w swoim języku. Jed­nak pieśń została pod­ła­pana przez licz­nie zgro­ma­dzo­nych wokół Pola­ków i już wkrótce Hisz­pa­nom pozo­stało przy­słu­chi­wa­nie się, jak brzmi ona w ojczy­stym języku papieża Jana Pawła II.

Idący na plac św. Pio­tra w isto­cie odpra­wiali pokutę – było duszno, czę­sto tłum ści­skał tak, że nie dało się ruszać, nie mówiąc już o tym, żeby gdzieś usiąść. W bocz­nych ulicz­kach gro­ma­dzili się „uchodźcy” któ­rzy musieli odpo­cząć od warun­ków egzy­sten­cji w tłu­mie. Stale rosła także liczba ludzi wokół, któ­rzy mdleli. Osta­tecz­nie tylko jed­nej oso­bie z naszej czwórki udało się dostać na plac św. Pio­tra – reszta, w tym ja, będać już może ze 200 metrów od celu, musiała się wycofać.

Osta­tecz­nie zmę­czeni, prze­spa­li­śmy się ze 2 godziny na ziemi przed Zam­kiem Świę­tego Anioła. Około godziny 9 rano zbu­dził nas pre­ten­sjo­nalny głos Polki, która doma­gała się aby­śmy wstali, bo zaj­mu­jemy za dużo miej­sca – oka­zało się, że na placu, gdzie wcze­śniej nie było zbyt wielu ludzi, teraz są tysiące. Przed nami był tele­bim, na któ­rym można było obej­rzeć uro­czy­sto­ści kano­ni­za­cyjne. Po roz­bu­dze­niu i powsta­niu, cze­ka­li­śmy już na godzinę 10, kiedy to cere­mo­nia się roz­po­częła – w tym miej­scu rów­nież cie­kawe było to, iż z racji dużej ilo­ści Pola­ków słu­cha­ją­cych trans­mi­sji w języku pol­skim z odbior­ni­ków radio­wych, można było wszystko co się działo zrozumieć.

Pod­su­mo­wu­jąc – pod­czas kano­ni­za­cji znaczna liczba piel­grzy­mów doznała wielu nie­do­god­no­ści, ale może wła­śnie dla­tego zapad­nie ona w pamięć i będzie wspo­mi­nana w spo­sób jesz­cze piękniejszy 🙂

Zain­te­re­so­wał Cię arty­kuł? Polub pro­fil Realpolitik.PL na Face­bo­oku, aby dowia­dy­wać się na bie­żąco o doda­wa­nych przez nas treściach : )

The fol­lo­wing two tabs change con­tent below.
Author Image

Adam Stan­kie­wicz

Stu­dent czwar­tego roku bez­pie­czeń­stwa wewnętrz­nego na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim. Repre­zen­tuje poglądy konserwatywno-liberalne. Zga­dza się z twier­dze­niem, że prawda nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży.

Komen­ta­rze